Jednym z przykrych elementów wrzucenia w świat naszej nędznej egzystencji jest potrzeba napełniania żołądka. Co gorsza nie możemy nic zmagazynować, czy skondensować, aby starczyło paliwa na dłużej. Zmuszeni jesteśmy do żmudnego i regularnego konsumowania. Na tym nie koniec! Owo napełnianie brzemienne jest w szereg dalszych powinności, takich jak, przygotowanie czy zdobycie w ten czy inny sposób pożywienia; potrzebę sprzątnięcia po zakończeniu tego przykrego procesu (nie mam tu na myśli jedynie zmywania naczyń); potrzebujemy przestrzeni i wyspecjalizowanych narzędzi do przygotowania i/lub zjedzenia; co w ostateczneści przekłada się na nasze finanse i zmusza do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Gdyby tak można było przyjąć wszystkie składniki jak witaminkę bez potrzeby przyrządzania, przechowywania, konsumowania i sprzątania? A gdyby jeszcze istniała forma długo przyswajalna (np.: w postaci skoncentrowanego zastrzyku) bądź z opóźnionym dozowaniem (jak plastry antykoncepcyjne)?
Jedyny sposób jaki znalazłem na ucieczkę od tego koszmaru to: polubić gotowanie! Od tego momentu każdy dzień stał się okazją do zrobienia czegoś ciekawego, kreatywnego i do tego na końcu przyjemnego! Spójrzmy jak odpychający w swej esencji akt kopulacji oraz towarzyszące temu wymiany wydzieliń i otarcia narządów, mogą zamienić się w ekstatyczny taniec miłości. Ten z pozoru nieciekawy codzienny obowiązek z czasem ulec może transformacji. Ciekawość popchnie do poznania nowych smaków, technik, potraw etc. Powstanie potrzeba pogłębienia wiedzy o gotowaniu, a stąd jesteśmy już o krok od terytorium Kultury.
Górnolotnie? Aż dziw, że opasły brzuch może się tak wysoko unieść. W końcu u źródeł słowa leży cultus agri. To uprawa roli i hodowla zwięrząt zapoczątkowała ludzką działalność, którą podziwiać możemy w postaci dziesiejszej sztuki i nauki. Wielkie zasługi w rozwoju gastronomii mają antyczni i średniowieczni alchemicy (i alchemiczki jak Maria Prophetissa vel Żydówka czy Hypatia, której Francuzi winni postawić monument za bain-marie czyli technikę gotowania w kąpieli wodnej). Wiek XIX to czas dojrzewania i nabierania pełnej świadomości swej natury przez Pannę Gastronomię. W 1835 r. Academie Francaise uczyniło pojęcie oficjalnie częścią języka francuskiego. Dziesięć lat wcześniej Brillat-Savarin publikuje przełomowe dzieło: “Fizjologia smaku – Medytacje o gastronomii doskonałej”, które kładzie fundamenty dla filozoficznego/estetycznego pojmowania gastronomii. Stało się ono inspiracją dla współczesnego rozumienia tego zjawiska. Czytamy w Larousse Gatronomique: “Prawdziwi gastronomowie, mimo tego, iż doceniają najbardziej wyrafinowane wytwory sztuki kulinarnej, cieszą się nimi w umiarkowaniu; na co dzień wyszukują najprostszych dań, w których najtrudniej osiągnąć perfekcję”.
Wizja gastronomii doskonałej wynosi procesy mastykacji i trawienia poza poziom zaspokajania potrzeb fizjologicznych (na równi choćby z defekacją) - na poziom sztuki kulinarnej (tak jak to Kultura zwykła robić z wieloma innymi działalnościami człowieka).
Na ból egzystencji “doktor” Brillat przepisuje epikurejski hedonizm w praktyce. Gotowanie otwiera drzwi naszej codzienności dla kreatywności i całej gamy wartości estetycznych. Codzienny trud i ból może przemienić się w codzienną radość i przyjemność. “Najważniejsze dla nas aspekty rzeczy ukrywa przed nami ich prostota i codzienność”. Spróbujmy przejżeć przez codzienność i dostrzec to, co przed nami ukrywa!

